czyli nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej
Kolejny dzień mijał spokojnie, co wyjątkowo irytowało Gregory’ego, bo on sam był kłębkiem nerwów. Godziny upływały wręcz leniwie, a Goyle miał wrażenie, jakby poruszał się w gęstym sosie czasu, płynącym powoli w stronę nieuchronnej katastrofy, jaką z pewnością będzie szlaban z Ronem. Sytuacji wcale nie polepszał fakt, że za każdym razem, gdy spotykał spojrzenie Gryfona, przepełniała je nienawiść i pogarda. Gregory od razu postanowił sobie, że podczas szlabanu przeprosi Rona za incydent z pająkiem i spróbuje wytłumaczyć, iż nie zrobił tego specjalnie, jednak coraz bardziej wątpił, czy w ogóle zostanie wysłuchany.

Jedynym urozmaiceniem ponurego dnia okazała się Pansy, która od tamtej nieszczęsnej lekcji transmutacji próbowała być przebiegła i bombardowała Malfoya znienacka pytaniami typu: „Czy myślisz, że Granger jest ładna?” albo „Ostatnio chyba schudła” i: „Ma dzisiaj ładną fryzurę, nie sądzisz?”. Malfoy na każde z tych pytań odpowiadał różnymi wariacjami: „Oszalałaś”, aż w końcu nie wytrzymał i oznajmił: „Słuchaj, Parkinson, jeśli podoba ci się Granger, to rób z tym, co chcesz, ale mnie w to nie mieszaj”, po czym stwierdził, że mu niedobrze i zniknął gdzieś w dormitorium.

Przez resztę dnia Draco wyraźnie unikał Pansy, posuwając się nawet do tego, że kazał Goyle'owi albo Crabbe’owi sprawdzać każdy pokój, do którego miał wchodzić. Owe podchody dostarczyły Gregory’emu kolejnego czynnika rozpraszającego, pozwalającego mu od czasu do czasu zapominać o nadciągającym wieczorze. Niestety, kiedy znudzony ich ciągłą obecnością Malfoy w końcu udał się do niezagrożonego obecnością Parkinson dormitorium, znów pozostawało mu tylko czekać.

Gdy w końcu, po czasie, który mógłby określić jako „całe wieki wypełnione niewysłowioną męką”, nadszedł wieczór, Goyle, pożegnany jedynie pełnym współczucia klepnięciem w ramię ze strony Crabbe’a, z ciężkim sercem opuścił lochy.

W szklarniach profesor Sprout niestety śmierdziało wilgocią i mokrą ziemią kryjącą w sobie nie tylko dziwne korzenie jeszcze dziwniejszych roślin, ale i najniezwyklejsze robaczki, jakie kiedykolwiek w życiu widział. Gorsze niestety było w tym to, że nienawidził zapachu lasu — jak go określał — od pewnego incydentu z kategorii „Tego Nigdy Nie Było, Jasne?”, mającego miejsce jeszcze na początku ich nauki w Hogwarcie. Ich, bo dotyczył również Malfoya i Crabbe’a, którzy pewnego dnia nie trafili do szklarni, a do…

Pokręcił głową i wyrzucił ten obraz z myśli. O nie, nie będzie się dołował przed szlabanem. Będzie i tak wystarczająco upodlający i fatalny, a na pewno pogorszy mu humor na długie, dłuuugie dni, po co więc zawczasu się zadręczać?

Goyle z niejaką dumą zaakceptował fakt, że takie przemyślenia właśnie urodziły się w jego umyśle, ale zaraz potem znów zwiesił głowę, patrząc na swoje stopy i nigdzie wyżej. Właśnie doszedł do przeszklonego budyneczku numer siedem, dumy profesor Sprout, który rzeczywiście był piękny, ale… Spoglądając przez zabrudzone szybki, Gregory poczuł na sobie wzgardliwy wzrok Rona i w tym momencie świat stracił wszystkie swoje barwy. Nawet mały motylek dukacik, czerwony królewicz wśród motylków, przysiadł mu na ramieniu i zatrzepotał barwnymi skrzydełkami. Prawie uśmiechnął się z żalem do małej trąbki i jeszcze mniejszych oczu, ale w porę zauważył absurd tej sytuacji. Nie, Gregory, z motylkami się nie rozmawia i nie uśmiecha się do nich. Na Merlina, przecież nie jest z nim jeszcze aż tak źle!

Dukacik odleciał, zanim jeszcze Goyle wszedł do szklarni. Od razu poczuł ten zapach lasu, zobaczył tentakule kłapiące do niego swoimi niby-szczękami z wielkich donic ustawionych wzdłuż szklanych ścianek, potem uśmiechniętą profesor z błotem we włosach koloru błota.

— Kochani niesforni uczniowie — skarciła ich całkiem słodkim głosem; Goyle domyślił się, że to dlatego, iż znajdowali się wśród jej zielonych dzieci, które Draco nazywał „idiotycznymi kwiatkami z zapędami morderczymi”, a samą profesor… Akurat na nią nie było określenia, Malfoy po prostu wzdrygał się. — Bardzo się cieszę, że profesor McGonagall oddała was w moje ręce…

Goyle spojrzał na jej grube palce. Pod paznokciami znajdowała się cała warstwa brudu. Nie, zdecydowanie nie chciał się w nich znaleźć…

— Bo mam dla was naprawdę wyjątkowe zadanie. I takie pożyteczne! Pani Pomfrey narzekała, że nie ma już z czego robić eliksirów na grypę, a tu proszę, taka okazja nie do odrzucenia. Przed wami stoją donice z przeziębulwami, widzicie te długie, zielone liście? Trzeba je pokroić i wycisnąć sok, zupełnie jak aloes. — Uśmiechnęła się do niezbyt urodziwego zielska. — A jutro…

— Jutro? — powtórzył słabo Ron.

— Tak, jutro. Profesor McGonagall postanowiła, że za wasze zachowanie dostaniecie podwójną lekcję. — W tym momencie kąciki jej ust uniosły się nieznacznie, gdy Ron rozdziawił usta. Goyle stał jak skamieniały. — Panie Goyle, usiądź pan. — Posłusznie klapnął obok Gryfona, który z obrzydzeniem odsunął się jak najdalej. Ten gest nie umknął uwadze profesor, która tylko westchnęła z politowaniem, pokręciła głową. — Jutro zajmiecie się smarkorzeniami, będziecie je kroić. Ale teraz macie chwilę sam na sam z tymi pięknymi liśćmi. I sobą nawzajem.

Zanim wyszła ze szklarni, odwróciła się już w drzwiach i krzyknęła:

— Uważajcie na tentakule! Są ostatnio drapieżne!

I zostawiła Gregory’ego z podłym nastrojem, patrzącego, jak mały dukacik obija się o szklane ścianki, a Rona z nieprzemijającą męczenniczą miną.

— Taaaak — wymruczał po chwili Ron. — Nie ma mnie dla ciebie. Nawet się do mnie nie odzywaj. I nie patrz się na mnie!

Goyle posłusznie odwrócił wzrok. Niestety miało być gorzej, niż podejrzewał.

Gregory posłusznie skulił się więc nad swoim stosikiem liści przeziębulwy, krojąc je dokładnie i wyciskając sok do wspólnej miski, pilnując się, żeby jego dłoń przypadkiem nie spotkała się nad nią z dłonią Rona. Nawet jeśli w pewnym skrzętnie skrywanym zakamarku duszy po cichu bardzo tego pragnął (który to zakamarek, w towarzystwie Gryfona robił się irytująco aktywny). Goyle postanowił go jednak nadal uporczywie lekceważyć, równocześnie zastanawiając się, czy nie da się jakoś winy za samo jego istnienie zrzucić na matkę oraz jej wybór bajek na dobranoc. Tym sposobem, analizując swoje wczesne dzieciństwo i z powodzeniem ignorując (zbyt) bliską obecność Rona, nawet nie zauważył, kiedy skończyły mu się liście przeziębulwy. A wszystkie pozostałe doniczki stały po stronie Gryfona.

Wyciągnął rękę, chcąc sięgnąć po roślinę, ale Ron natychmiast to zauważył i obrzucił go pełnym jadu spojrzeniem, po czym ostentacyjnie odsunął się od Gregory’ego. Goyle westchnął i cofnął dłoń. Po chwili postanowił spróbować tego samego manewru za plecami Gryfona, lecz skończyło się to tym samym rezultatem.

- Możesz nie naruszać mojej osobistej przestrzeni? – warknął Ron, spoglądając na niego gniewnie spod rudej grzywki.

- Ale ja tylko chciałem… - zaczął bronić się Goyle, lecz Ron najwyraźniej nie miał zamiaru go wysłuchać.

- Stop – uciął. – Chyba wcześniej ci powiedziałem, nie odzywaj się do mnie – powtórzył, celując w Gregory’ego nożykiem do krojenia roślin. – Nawet nie oddychaj zbyt blisko mnie, jasne?

- Okej. Jak sobie chcesz – odwarknął Goyle, zaciskając zęby. Może jeśli wystarczająco długo będzie sobie powtarzał, że Ron to skończony palant, to głupie zauroczenie szybciej minie.

Główny problem jednak nadal pozostawał.

Ron siedział niemal na samym brzegu ławki. Wprawdzie dzięki temu doniczki znajdowały się teraz mniej więcej w strefie neutralnej, lecz Goyle nie chciał przysuwać się bliżej, bojąc się, jaką reakcję wywoła u Rona. W końcu, po kolejnych kilku momentach wahania, stanowczo powiedział sobie: „dosyć! Bądź mężczyzną, Gregory!” i szybkim, gwałtownym ruchem wstał z siedzenia. Niestety, zaskoczony Ron zareagował równie gwałtownie. Podskoczył na ławce, zapominając, że siedzi na samym końcu, potknął się o jej krawędź, zachwiał się i zaczął przewracać…

Wprost na drapieżne tentakule.

Okrzyk „uważaj” zamarł na ustach Goyle’a, a Ślizgon ledwie zdążył sięgnąć po różdżkę. Ron z wysiłkiem złapał równowagę, w ostatniej chwili wyskakując zasięgu paszczy tentakuli. Kiedy Gryfon odwrócił się w jego stronę, Gregory wstrzymał oddech, widząc wściekłość na jego twarzy. Niestety celował różdżką prosto w pierś Rona, co tylko pogorszyło sytuację.

— Próbowałeś mnie zabić?! – wrzasnął.

Goyle'owi odebrało dech. Ledwie zdołał wysapać:

— Ja... nie... to nie tak...

Ron poczerwieniał tak, że wyglądał jak burak o intensywnie pomarańczowej butwinie.

— Ostatnio próbowałeś, teraz też! Co z tobą nie tak, Goyle?! Poza tym, że jesteś ślizgońskim przydupasem Malfoya?!

— Ale ja nie chciałem...

— Mam ci uwierzyć?! Odwal się ode mnie albo... albo... — zasapał się, ledwie łapał oddech, istna Furia we wcieleniu Gryfona — powiem Harry'emu i Hermionie, zobaczysz! Pożałujesz!

Goyle zdębiał, kuląc się w sobie jak zbesztane dziecko. Weasley jednak nie myślał skończyć:

— I weź tę cholerną różdżkę!

I zanim synapsy nerwowe Gregory’ego zdążyły przetworzyć tę informację, Gryfon wyszarpał z kieszeni szaty własną. Wycelował dokładnie między oczy Goyle’a.

— Nie. Celuj. We. Mnie. Goyle — wycedził powoli przez zęby, mając już na wargach słowa klątwy. — Daj. Mi. Żyć!

Ryk poniósł się echem po szklanych ścianach szklarni. I rozległ się kolejny:

— Upiorogacek!

Potem, gdy Goyle nieudolnie próbował wydostać się z roju zaklętych nietoperzy szarpiących jego włosy i twarz małymi szponami, Ron wybiegł ze szklarni tak, że aż zakurzyło się pod jego stopami. Tuman kurzu wbił się w powietrze, a kiedy już opadł, Goyle stał pośrodku smętnego pustkowia. Zaklęcie zniknęło w jednej chwili, rozmyte przez podmuch wiatru, nigdy tak silne jak upiorogacki panny Weasley. Ale nawet, mimo że nieudane, Ślizgon czuł serce pod gardłem.

Czuł też, jak dusza rozpada mu się na milion odłamków, a tentakule kłapały do niego radośnie.
Rozdział ze spóźnionymi życzeniami światecznymi i noworocznymi. Zatem wesołych Świąt i Nowego Roku pełnego szczęścia, inspiracji i spełnionych marzeń! PS Wiecie, że Panacea doczekała się pierwszego arta? I to już dawno temu! Za ronogojlowy obrazek dziękujemy Ance - i to właśnie jej dedykujemy rozdział.